Piątek, 17 kwietnia 2026
RumiaTV
Fundusze krajowe Fundusze UE
BIP Rumia powiększ czcionkę pomniejsz czcionkę Zwiększ kontrast Zmniejsz kontrast

Jej głos zna cała Polska. Wszystko zaczęło się w Rumi


Jej głos zna cała Polska. Wszystko zaczęło się w Rumi17.04.2026 r.

Karolina Kalina – źródło: polscylektorzy.pl

Karolina Kalina – aktorka telewizyjna, dubbingowa, teatralna oraz lektorka. Absolwentka Szkoły Podstawowej nr 8 oraz I Liceum Ogólnokształcącego w Rumi, a także Warszawskiej Szkoły Filmowej. W 2014 roku zdała egzamin eksternistyczny Związku Artystów Scen Polskich dla aktorów dramatu. Użyczyła głosu postaciom w największych światowych produkcjach kinowych i gamingowych. Występuje w filmach fabularnych, serialach i kampaniach reklamowych. Prywatnie żona aktora Piotra Bulcewicza i mama Lei. Choć na co dzień mieszka w stolicy, jej korzenie mocno tkwią w Rumi.

 

Redakcja Rumskich Nowin: Nie każdy Rumianin kojarzy pani twarz, ale prawdopodobnie każdy słyszał kiedyś pani głos.

Karolina Kalina: Reklamy ze mną słyszycie na co dzień – Kinder, Toyota, Always, Gripex, Theraflu, Lipton, Allegro czy Credit Agricole. Dubbingowo zrobiłam już naprawdę dużo. Zagrałam w wielu największych produkcjach: od postaci gamingowych i animacyjnych po kinowe i serialowe – zarówno te charakterystyczne, jak i główne.

Czy przy takim „dorobku głosowym” pani wizerunek też stał się rozpoznawalny?

Odkąd jestem bardziej aktywna w mediach społecznościowych, ludzie coraz częściej poznają mnie na ulicy. Niektórzy przyznają, że jestem ich ulubionym głosem z bajki, na której się wychowali, na przykład „Pamiętnika Florki”. To bardzo miłe sytuacje.

Z których swoich ról jest pani najbardziej dumna? Na Filmwebie widzowie szczególnie cenią Freję z „God of War”, Tess z „The Last of Us” oraz Ethel Anderson z „Brickleberry”. Zgadza się pani z tymi recenzjami?

Gry mają wielu odbiorców, do nich się też wraca, dlatego pozostają dłużej w ludzkiej pamięci. Freję wspominam bardzo dobrze – to wymagająca rola, naprawdę włożyłam w nią dużo emocji. Tess to chyba jedna z moich pierwszych takich większych gamingowych postaci, które dubbingowałam. A Ethel? To dopiero postać – pełna fajnych i niespodziewanych dialogów. Natomiast dzieci często kojarzą mnie z „Trolli”, „Pamiętnika Florki” czy „Dnia na tak”. Myślę, że każda z tych postaci ma swoich fanów.

Dubbing to czysty warsztat czy wiąże się pani emocjonalnie z odgrywaną postacią?

To może się wydawać dziwne, ale naprawdę każda, nawet najmniejsza, rola jest dla mnie ważna i każdą staram się przeżywać. Wielokrotnie płakałam przy mikrofonie. Jeśli scena jest wzruszająca, a ja mam to przekazać głosem, to płaczę. Czy to normalne? Nie wiem, ale wiem, że robię to na sto procent i nie mam sobie nic do zarzucenia. Ja naprawdę kocham tę pracę. Pamiętam trudne zadanie w serialu dla Netflixa, gdzie grałam postać niesłyszącą, wydając tylko dźwięki. Teraz czytam dużo audiobooków i tam również staram się przekazywać emocje głosem tak, by historia wciągała słuchacza. Tam też zdarza mi się wzruszyć.

A prywatnie jest pani fanką światów, przy których pracuje? Marvela, „Diuny” czy gier RPG?

Szczerze? Zupełnie nie. Najśmieszniejsze jest to, że choć dubbinguję większość polskich produkcji gamingowych, to nigdy w te gry nie grałam (śmiech). Wielkie uniwersa to też zupełnie nie moja bajka. Ja wszędzie szukam naturalności, bez efektów specjalnych, a już na pewno bez science fiction.

Wróćmy do początków. Czy jeszcze mieszkając w Rumi, jako dziecko czy nastolatka, marzyła pani o aktorstwie, pracy głosem? A może te predyspozycje ujawniły się dopiero później?

Jako dziecko raczej o tym nie myślałam. W podstawówce w ogóle nie ciągnęło mnie do pierwszego rzędu czy konkursów. Nikt z mojej rodziny nie jest z kręgu artystycznego, choć mój tata faktycznie ma bardzo ładny i dobrze osadzony głos. Moja plastyka i duże możliwości głosowe ujawniły się znacznie później. Nigdy bym nie przypuszczała, że potrafię naśladować Kaczora Donalda i zmieniać głosy w zasadzie co sekundę. Dopiero w liceum zapisałam się do Teatru Muzycznego Junior w Gdyni i tam… po prostu przepadłam. Co weekend jeździłam autobusem na zajęcia i wtedy stało się to dla mnie jakieś takie naturalne, że pójdę w tę stronę.

Karolina Kalina podczas pracy w studiu

Jest ktoś, komu zawdzięcza pani impuls do działania w tym kierunku?

Pasję do filmu zaszczepił we mnie polonista w liceum – pan Jurkiewicz. Kochał teatr i kino. Oglądaliśmy z nim na lekcjach różne filmy, omawialiśmy je. Jeździliśmy do wypożyczalni kaset do Gdyni. Pan Jurkiewicz miał ogromną wiedzę i pasję, którą mnie zaraził. Natomiast moimi największymi fanami i motywatorami są rodzice. Od zawsze dawali mi ogrom wsparcia i możliwości. Wierzyli we mnie bezwarunkowo, nawet gdy się potykałam, gdy nie udawało mi się zdać do szkoły teatralnej. Oni zawsze dostrzegali wyłącznie pozytywy, cieszyli się z moich małych sukcesów i bardzo mocno trzymali kciuki.

Czy pochodzenie z mniejszego miasta okazało się pewną barierą?

Nie uważam Rumi za małe miasto, ale musiałam wyjechać, bo nie było innych możliwości. W całej Polsce były wówczas tylko cztery szkoły teatralne czy filmowe, więc wyjazd był jedynym rozwiązaniem. Ale Rumia to moje miasto, które kocham. Gdy na studiach wracałam z Warszawy na weekendy, tata zawsze witał mnie słowami: „Witaj w najpiękniejszym mieście na świecie”. Dziś to doceniam. Tu są wspomnienia, przyjaciele, rodzina. Widzę, jak to miasto wyładniało przez lata, choć wciąż brakuje mi tutaj typowego rynku, takiego centralnego miejsca spotkań.

W pani domu wszyscy żyją światem dubbingu i aktorstwa? 

Dubbing to na pewno moja wielka pasja, ale na co dzień kocham też kino. Mąż jest aktorem, gra w Teatrze Dramatycznym i Teatrze Capitol, więc działamy w tym samym świecie, ale na różnych polach. Córka użyczyła głosu kilku postaciom, ale wiele lat temu, potem już się tym nie zajmowała. Mam nadzieję, że wybierze swoją własną drogę, a my będziemy ją wspierać. Rodzinnie oglądamy filmy kinowe i na streamingach, dyskutujemy o nich z mężem. Taki artystyczny świat to zdecydowanie nasz świat.

Wiele osób ma ładny głos, ale tylko nielicznym udaje się przebić. Od czego to zależy?

Sam głos to jakieś trzydzieści procent sukcesu. Kolejne składowe to umiejętności przed mikrofonem, dykcja i ciągła praca. Mikrofon to taki specyficzny sprzęt, który uwydatnia każdy błąd, którego nie słychać na żywo. Osobom, które chcą iść tą drogą, polecam warsztaty i szkoły teatralne. Tam zdobywa się fundamenty i można zostać częściowo wprowadzonym w ten świat. 

Czy mając tak silną markę osobistą, nadal chodzi pani na castingi, czy role po prostu „czekają”?

To zależy. W świecie lektorskim faktycznie jestem już marką i przy mniejszych zleceniach produkcja dzwoni bezpośrednio do mnie z propozycją. W przypadku większych ról zawsze staję do castingu. Moje życie to ciągła rozmowa o prace, ciągłe wyzwania. Często o wyborze decyduje podobieństwo do oryginalnego angielskiego głosu, więc rywalizacja jest duża. 

Jest jakaś rola, w którą bardzo chciała pani wejść, ale się nie udało?

Tych niewygranych castingów jest naprawdę sporo i za każdym razem żałuję (śmiech). Ale przyzwyczaiłam się do tego, że nie zawsze jestem odpowiedzialna za stratę roli. Dużo czynników i wielu ludzi o tym decyduje.

Co w pracy przed mikrofonem jest najtrudniejsze, a czego my – jako odbiorcy – zupełnie nie słyszymy i nie widzimy?

Moim zdaniem wszystko jest trudne, choć z boku może wydawać się łatwe (śmiech). Trzeba zsynchronizować trzy elementy jednocześnie: patrzysz na obraz, którego wcześniej nie widziałeś, czytasz dialogi, a w słuchawkach słyszysz oryginalny angielski dubbing. Gramy a vista – tu i teraz. Na dole ekranu masz time code, czyli kiedy masz wejść z tekstem, a jeszcze musisz dopasować się do „kłapów”, czyli ruchu ust postaci, żeby był synchron. To naprawdę bardzo skomplikowane, a każdy z nas ma ograniczony czas – po kilka godzin gra się tylko w głównych rolach.

Ma pani jakieś rytuały lub nawyki pozwalające zadbać o głos?

Kiedyś rozgrzewałam się przed nagraniami, rozbijałam zbitki dykcyjne i tak dalej. Po tylu latach praktyki wiem już, jak korzystać ze swojego aparatu mowy i nie potrzebuję tego, ale to jest kwestia indywidualna. Codziennie jestem w różnych miejscach pracy, więc jestem w ciągłym gadaniu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest, że jak tylko mam kilka dni wolnego i gdzieś wyjeżdżam, to zawsze, ale to zawsze, choruję. Jakby moja krtań nie wiedziała, jak ma sobie poradzić, gdy mówię mniej (śmiech). 

Woli pani pracę wyłącznie głosem czy może jednak bardziej pociąga panią kamera lub deski teatru?

Nie ukrywam, że świadomie „zaszyłam się” na kilka lat w swoim lektorskim świecie, między innymi poprzez odejście z agencji aktorskiej, ale chyba tego potrzebowałam. W ogóle to dzisiaj każdy uważa się za aktora – tak też jest nazywany, kiedy wygra choćby reklamę czy inny projekt. To bywa frustrujące dla osób, które przez pięć lat studiowały ten kierunek. Kiedyś mnie to irytowało, dziś już zupełnie nie. Miałam to szczęście, że nie musiałam brać udziału w tym wyścigu szczurów, bo miałam alternatywę w postaci dubbingu czy audiobooków. Z drugiej strony aktor ma i teatr, i kamerę, i mikrofon, dlatego, jeśli komuś uda się w tej branży pracować, to jest ogromna radość. Nie ukrywam też, że jeśli chodzi o kamerę, to wciąż czekam na swój przełom.

Ma pani jakieś branżowe autorytety? 

W dubbingu od zawsze uwielbiałam Jarka Boberka. Mam to szczęście, że znamy się i współpracujemy, więc mogę czerpać z jego niesamowitego doświadczenia, umiejętności oraz pomysłów. 

Karolina Kalina w reklamie Polsat Box gra żonę Jacka Braciaka – źródło: stopklatka z materiału zamieszczonego w serwisie YouTube

Jakie są pani największe zawodowe marzenia?

Oj, marzeń to mam mnóstwo i pozwalam im się spełniać, wierzyć w nie. Ale marzy mi się przede wszystkim, aby dubbing był zawsze „żywy”. Nie chciałabym, żeby zastąpiły nas głosy generowane przez sztuczną inteligencję, co już się trochę dzieje. Mam też jedno marzenie dotyczące zagrania u jednego z reżyserów, ale zachowam to w tajemnicy, żeby nie zapeszyć. 

Gdzie będzie można panią usłyszeć lub zobaczyć w najbliższym czasie?

Dołączyłam do „Psiego Patrolu” oraz do „Rubble i Ekipa”. O produkcjach, które nie są jeszcze w emisji, nie mogę mówić ze względu na kontrakty. Natomiast w codziennych przerwach reklamowych słyszycie i widzicie mnie w nowej kampanii Polsat Box u boku Jacka Braciaka.

Na koniec: co powiedziałaby pani nastoletniej Karolinie z Rumi, która dopiero zaczyna marzyć o karierze aktorskiej?

Powiedziałabym, że jest odważna, mądra, pracowita i wszystko jej się uda. Przy dzisiejszej skali hejtu i depresji u młodzieży jestem przekonana, że najlepszy i najzdrowszy fundament wynosi się z domu. Ja go na szczęście miałam, stąd brałam siłę, by wciąż iść przed siebie. 

 

Fundusze zewnętrzne
Kalendarz wydarzeń