Wtorek, 18 czerwca 2024
Fundusze krajowe Fundusze UE
BIP Rumia powiększ czcionkę pomniejsz czcionkę Zwiększ kontrast Zmniejsz kontrast

Rumia pożegnała bohaterską „Oleńkę”


Rumia pożegnała bohaterską „Oleńkę”14.05.2024 r.

Zdjęcie zmarłej umieszczone przy urnie podczas uroczystości pogrzebowej

W wieku 102 lat zmarła Aleksandra „Oleńka” Sychowska (z domu Dąbrowska), mieszkanka Rumi i uczestniczka Powstania Warszawskiego. Pogrzeb z udziałem bliskich, wojska, pocztów sztandarowych oraz przedstawicieli władz miasta odbył się 14 maja w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Rumi.

Aleksandra Sychowska urodziła się 20 lutego 1922 roku w Warszawie. Rodzice pani Aleksandry poznali się w Częstochowie. Mama była repatriantką ze wschodu, przez jakiś czas mieszkała w Kijowie. Natomiast rodzina ojca pochodziła z samego południa Polski, a mieszkała w Częstochowie. Duży wpływ na życie ich córki miał wybuch Powstania Warszawskiego, do którego dołączyła jako ochotniczka. Pod pseudonimem „Oleńka” pełniła funkcję łączniczki na terenie Śródmieścia. Po wojnie pani Aleksandra zamieszkała w Kościerzynie. Pracowała jako księgowa w Wydziale Finansów tamtejszego urzędu gminy, a później jako instruktor w Kościerskim Domu Kultury – głównie na terenach wiejskich powiatu. Wolny czas spędzała na uprawianiu działki. Interesowała się też współczesną polityką, a swoje przemyślenia na ten temat opisywała w wierszach. Do Rumi przeprowadziła się w 1998 roku. Zamieszkała u młodszego syna, w domu przy ul. Żołnierzy I Dywizji Wojska Polskiego, co ze względu na jej powstańczą przeszłość wydaje się nieco symboliczne. Uhonorowana Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski dzięki wspólnym staraniom przedstawicieli Urzędu Miasta Rumi oraz Wojciecha Sychowskiego – syna i pełnomocnika pani Aleksandry. Zmarła 7 maja 2024 roku w Rumi.

 

Uroczystość odbywająca się w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego w Rumi

W uroczystości pogrzebowej uczestniczył wiceburmistrz Piotr Wittbrodt, który w imieniu całego urzędu miasta złożył rodzinie zmarłej bohaterki kondolencje.

Pani Aleksandra wcale nie umarła, ona odeszła na wieczną wartę. Jestem przekonany, że pamięć o niej będzie w nas żyć jeszcze przez długie lata, choć jej odejście z pewnością jest ogromną stratą dla całej lokalnej społeczności, a przede wszystkim dla rodziny, dla bliskich, którym w imieniu władz miasta składam ogromne wyrazy współczucia. Kilkukrotnie odwiedzałem panią Aleksandrę – czy to z okazji urodzin, czy rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Była niezwykle skromna i zawsze opowiadała o swojej przeszłości tak, jakby nigdy nie zrobiła nic wielkiego. Mimo upływu lat zachowywała światłość umysłu, doskonale pamiętała o dawnych wydarzeniach. Głównym tematem naszych rozmów była Warszawa. Za jej czasów mieszkali tam moi dziadkowie, a mama, będąc dzieckiem, chodziła po tych samych ulicach, co pani Aleksandra. Bracia mojej babci również byli Powstańcami. Śmialiśmy się więc, że mamy wspólne korzenie, a teraz spotykamy się w Rumi. Tu też zakończyła się ziemska droga „Oleńki”. Dziś niewiele osób można określić mianem bohatera, ale w przypadku pani Aleksandry jestem pewny, że w pełni zasłużyła na to miano. Mogę obiecać, że jako miasto nie zapomnimy o „Oleńce” i postaramy się ją godnie uhonorować – podsumował w przemówieniu wiceburmistrz Piotr Wittbrodt.

Żołnierze pełniący wartę przy urnie z prochami zmarłej Powstańczyni


Fragmenty wspomnień „Oleńki” pochodzące z rozmowy ze społecznym pełnomocnikiem burmistrza Rumi ds. historii miasta Dariuszem Rybackim (nagranie z lipca 2022 roku).

Jeszcze przed Powstaniem Warszawskim pani Aleksandra musiała się zmierzyć ze śmiercią swojego ojca.

Urodziłam się w Warszawie, ale rodzina ojca kilka pokoleń wstecz zeszła z gór. Mój nos o tym świadczy, z takim garbem. Babcia łapała mnie zawsze za ten nos i krzyczała „Ty, góralka!”. Odpowiadałam wtedy, że urodziłam się w stolicy. [...] Mój tata podczas okupacji pracował w aptece, u swojego kolegi. W ten sposób się ukrywał. Mieszkał w suterenie, w której przechowywano leki. Miał tam swoje biurko i łóżko. Ktoś doniósł Niemcom, że w nocy w piwnicy pali się światło. W końcu go odnaleziono. Ojciec miał ukrytą w ustach ampułkę z trucizną. Mówił, że jak Niemcy go dostaną, na pewno nie przeżyje. Kiedy schodzili do jego kryjówki, ukląkł przy swoim biurku, oparł ręce o blat, przegryzł ampułkę i w ten sposób umarł. […] Mój ojciec był bardzo wierzącym człowiekiem. To on prowadzał nas do kościoła.

O swoim udziale w zrywie pani Aleksandra opowiadała niemal beztrosko.

Byłam młoda, pełna energii, nie przejmowałam się. Podczas Powstania wszystko się działo w piwnicach. Chowano się tam przed bombardowaniami. Piwnice nie były wcale bezpieczne. Jak bomba uderzyła w budynek, potrafiło taką piwnicę zasypać i zadusić ludzi. Ja byłam wszędzie. Nosiłam wodę, pomagałam gasić pożary. To był bardzo ciężki czas. Dzisiaj myślę sobie, że być może za bardzo nas narażano, ale z drugiej strony mogę błądzić. Wysłano mnie z zaproszeniem na kawę, ale równie dobrze mogły to być jakieś hasła, w których się nie orientowałam.

Po zakończeniu zrywu pani Aleksandrze oraz jej starszej koleżance udało się przekraść przez otoczoną Warszawę i opuścić stolicę.

Przeszłam linię obrony, okopy. Idąc, słyszałam niemieckie rozmowy. Minęłam pole minowe. Szłam z dziesięć lat starszą łączniczką. Przeszłyśmy i pole minowe, i zasieki. W końcu doszłyśmy do rosyjskiej strony. W spódnicy cały czas miałam pocztę, ale jakoś szczęśliwie nikt tego nie zauważył. Potem [Rosjanie] przetrzymywali nas trzy miesiące. Wypuszczono nas dopiero przed wznowieniem walk na froncie. Wzięto mnie za handlarkę, pełno ich było w okolicy.

Szybko okazało się, że rzeczywistość powojenna była bardzo daleka od tej sprzed 1939 roku. Warszawa była morzem ruin.

Jak wróciłam do Warszawy [po wojnie], to poszłam zobaczyć, czy mój dom jeszcze stoi. I stał. Poturbowany i z dziurami. W moim mieszkaniu siedziała para obcych ludzi, która pokochała się w obozie. Oboje nic nie mieli. Zostawiłam im to mieszkanie, bo sama miałam już gdzie mieszkać. Dostałyśmy z koleżanką – tą samą, z którą uciekałyśmy – przydział na niewielkie lokum.

Trudno otwarcie spytać świadka tamtych dni, jak ocenia wybuch Powstania Warszawskiego, jednak pani Aleksandra sama podsumowała swoją opowieść.

To było niesamowite. To był zryw, do którego człowiek podchodził całym sercem. Młodzi ludzie nie zwracali uwagi na to, co może ich spotkać. Każdy rozkaz był wykonany jak najbardziej starannie. Trudno o tym opowiadać, ale to było przepiękne przeżycie. Człowiek się przeciwstawił. Wiem, że znalazłam się tam, gdzie powinnam być.

Aleksandra Sychowska podczas nagrywanej rozmowy

Fundusze zewnętrzne
Kalendarz wydarzeń