19.06.2026 r.
Trudno wyobrazić sobie zamówienie taksówki bez smartfona w dłoni, śledzenia trasy na mapie i natychmiastowego podglądu ceny. Tymczasem jeszcze trzy dekady temu wystarczał jeden telefon stacjonarny, a na postojach dumnie czekały Łady, Fiaty i Polonezy. Właśnie z takich realiów wyrasta Axel Computer Taxi – stowarzyszenie kierowców, które w tym roku obchodzi swoje 30-lecie.
Początki firmy sięgają lat dziewięćdziesiątych, kiedy grupa lokalnych taksówkarzy postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i uniezależnić się od dotychczasowych struktur.
– Wcześniej należeliśmy do gdyńskiego „Halo", a w 1996 roku założyliśmy Axel Computer Taxi – wspomina Mieczysław Olszewski, jeden z założycieli. – Na początku było nas około 25. Kazimierz Skrzypkowski, numer 13, był prezesem. Pierwszy postój był w miejscu, w którym są dziś przystanki autobusowe przy dworcu. Przenosiliśmy bazę kilka razy. Mieliśmy bazę przy ul. Piłsudskiego 56, a ostatnią przy Sobieskiego 19. Telefony pracowicie odbierały cztery dyspozytorki, a dyżury były święte – bez względu na to, czy to weekend, czy środek nocy. Taksówki musiały być w gotowości. Na jednym dyżurze były trzy, a w nocy były zawsze dwie.
Zrzeszenie nadal korzysta ze swojego pierwszego numeru telefonu. Co więcej był to jeden z pierwszych telefonów w Rumi. Nazwa natomiast wzięła się najprawdopodobniej od reklamodawcy – firmy zajmującej się komputerami i elektroniką.

Dla Olszewskiego taksówka to rodzinne dziedzictwo. W ślady ojca poszedł zaraz po wojsku i – jak mówi – tak już zostało. To zresztą nie był odosobniony przypadek na rumskim postoju. Fach nierzadko przechodził – i wciąż przechodzi – z ojca na syna.
W tamtych czasach kierowca musiał być nie tylko szoferem, ale i mechanikiem.
– Samochody były trudniej dostępne, a części jeszcze trudniejsze – opowiada. – Po szybę potrafiliśmy jechać aż do Poznania. W garażu robiło się wszystko: od blacharki po mechanikę. Dziś bez komputera niewiele się naprawi, wtedy radziliśmy sobie sami.

Na postojach dominowały Fiaty, Polonezy i Łady, później pojawiły się Mercedesy i Audi. Zimą kierowcy ogrzewali się w bazie, latem szukali cienia pod drzewami. Był też czas na integrację – karty, szachy, grę w piłkę oraz rozmowy.
– Kiedyś to była społeczność. Dziś każdy dokądś pędzi – przyznaje Olszewski.
Na porządku dziennym była solidarność zawodowa. I to zarówno w przypadkach, gdy trzeba było pomóc koledze wydostać samochód z zaspy czy stanąć w jego obronie przed agresywnym napastnikiem.
Zupełnie inną drogą do zawodu trafił Piotr Dziabas. Prowadził własny biznes, korzystając przez 20 lat z Axel Taxi jako klient. Za kierownicę przesiadł się dopiero na emeryturze.
– Chciałem odpocząć, a jednocześnie coś robić – przyznaje.
Szybko odkrył, że taksówka to coś więcej niż transport.
– Każdy taksówkarz jest trochę psychologiem. Dlatego poszedłem na studia z psychologii, żeby nie robić ludziom krzywdy – wyjaśnia. – Można powiedzieć, że to usługi dwa w jednym. Klient wsiada, mówi, a ja słucham – dodaje z uśmiechem.
Jak podkreśla, taxi bywa „konfesjonałem na kółkach". Rozmowy zostają w aucie, a kierowca bywa jedyną osobą, której pasażer chce się zwierzyć.
– Ludzie nadal mają potrzebę rozmowy, choć kiedyś było jej więcej, nie mieli w rękach telefonów – dodaje.

Praca taksówkarza dostarcza też sytuacji, które mogłyby nierzadko służyć za scenariusz filmu. Dziabas wspomina kobietę, która wsiadła do taksówki, nie podając adresu. Po czasie zapytana o cel podróży powiedziała: ,,wszystko jedno, do pana czy do mnie". W trakcie rozmowy okazało się, że to kłótnia z mężem wywołała u pasażerki tak silne emocje i chęć odwetu.
Innym razem organizował pogrzeb męża klientki, która nie miała nikogo bliskiego.
– Były trzy osoby i ksiądz, którego sam przywiozłem. Tego się nie zapomina – mówi.
Z kolei Olszewski pamięta pasażera, który zabrał go w spontaniczną podróż do Wałbrzycha, a potem... zabrakło mu pieniędzy.
– Wtedy trzeba było zaufać intuicji i wracać – wspomina.
W pamięci utkwiła mu także ciężarna kobieta, którą odebrał z dworca i zawiózł do szpitala. Poród rozpoczął się jeszcze w trakcie jazdy. Dojechali na czas, choć – jak żartuje – niewiele brakowało, by został ojcem chrzestnym.

Największą zmianę przyniosła technologia. Dawniej zamówienia przyjmowały dyspozytorki, dziś coraz częściej robi wirtualna baza i aplikacja mobilna. Axel ma własną, ale – jak przyznają taksówkarze – trudno konkurować z rozpoznawalnymi markami.
– Uber zabrał nam młodszych klientów – mówi prezes stowarzyszenia Damian Rybakowski. – Dla nich naturalne jest zamówienie auta przez telefon i poznanie z góry ceny przejazdu. Nie wszyscy wiedzą, że my także mamy własną aplikację, która pokazuje nam szacunkową cenę i informuje, który kierowca przyjedzie.
Zmienił się też model pracy. Axel to stowarzyszenie niezależnych kierowców prowadzących własne działalności i spełniających określone przez grupę i prawo kryteria. Każdy jeździ własnym autem i sam decyduje o czasie pracy. To różni lokalną firmę od dużych operatorów, którzy działają w oparciu o partnerów.
Axel cieszy się niesłabnącym zaufaniem wśród starszych mieszkańców oraz rodziców, którzy powierzają kierowcom swoje dzieci. Kierowcy znają miasto jak własną kieszeń – ulice, skróty i miejsca parkingowe.

Zmieniły się też przychody i styl życia klientów. Kiedyś weekendy oznaczały tłumy kursów do Gdyni czy Sopotu, dziś wiele osób wybiera inne formy transportu. Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne.
– Klienci się nie zmienili. Zmieniają się tylko twarze i adresy – mówi Dziabas.
I choć dziś w ręku zamiast słuchawki jest smartfon, a zamiast Fiata nowoczesne auto, sedno tej pracy pozostaje takie samo: dowieźć bezpiecznie, czasem wysłuchać, czasem pomóc. Bo w taksówce jeździ się nie tylko z punktu A do B – ale też przez ludzkie historie.