12.05.2026 r.
Dawid Jarząbek: To połączenie kilku czynników: niespełnionych marzeń z dzieciństwa o znalezieniu skarbu, pierwiastka poszukiwacza i tego, że lubię spędzać czas na łonie natury. Kiedyś biegałem z wykrywaczem metali, ale po zmianie przepisów, które pozwalają na poszukiwania tylko na plażach, musiałem go odstawić. Pierwszy raz po bursztyn poszedłem jakieś 5-6 lat temu i… przepadłem. Sam zbudowałem swoją pierwszą latarkę UV z aluminiowego kubka. Tak zaczęła się też moja przygoda z bursztynem i produkcją sprzętu. Chińskie latarki nie dają rady – mają inną długość fali UV oraz małą moc. Pokazuję to na YouTube w jednym z filmów. Jeśli ktoś szuka wyposażenia, powinien kierować się do pasjonatów, którzy sami je konstruują.

Na początku cieszy każdy drobiazg, z czasem apetyt rośnie. Zacząłem znajdować okazy z inkluzjami, np. z zatopionymi owadami czy fragmentami roślin – te są najcenniejsze. W jednym z nich widać idealnie ułożoną mrówkę, wygląda jak modelka. Przygoda nie kończy się jednak na plaży, bo bursztyn trzeba często oszlifować, by odkryć, co kryje w środku. To wciąga bez reszty.

Bo to nie jest zbieranie grzybów. Wchodzimy do wody w poszukiwaniu bursztynu – czy to za dnia, czy w nocy – niezależnie od temperatury. Nieważne, czy jest 10 stopni na plusie, czy 20 na minusie. Założyłem grupę na Facebooku, bo brakowało miejsca, gdzie poławiacze mogliby się rzetelnie komunikować i zdobywać wiedzę. Dziś to jedna z największych takich społeczności w Polsce i na świecie. Ludzie chwalą się swoimi znaleziskami, ale też skrzykują się na wspólne wypady, a nawet nawiązują wieloletnie przyjaźnie. Do grupy nie należą tylko osoby mieszkające blisko morza – mamy pasjonatów, którzy regularnie przyjeżdżają z całej Polski, a nawet z Czech. W grupie raźniej i weselej, zwłaszcza gdy trzeba iść nocą przez las, by dojść do plaży. A ta wygląda wtedy jak dyskoteka – setki ludzi, każdy z latarką UV, do tego szum fal i gwiazdy nad głową.
Podstawa to spodnio-buty, czyli wodery, porządna kurtka przeciwdeszczowa, okulary ochronne i latarka UV. Do tego specjalny „kaszorek” – mocny podbierak, najlepiej ręcznej roboty, bo zwykłe sklepowe podbieraki wędkarskie łamią się po kilku minutach. Warto wiedzieć, że kiedy widzisz bursztyn, który w świetle UV świeci jak żarówka, przestajesz czuć mróz. Może być -20°C, a ty jesteś w ruchu, wyciągasz „śmieci” z wody, przeglądasz patyki. Adrenalina robi swoje.

Wiedza i doświadczenie to podstawa. Potrzebujemy mocnego wiatru z północy lub północnego wschodu. Im mocniej wieje, tym lepiej, ale wychodzimy dopiero, gdy wiatr cichnie, a fala spada do około metra. Idealne warunki to tzw. „kontra”, czyli zmiana wiatru z północnego na południowy. Wtedy bursztyn najszybciej pojawia się przy brzegu. Śledzę to wszystko w aplikacjach, ale doświadczenie uczy, jak interpretować te dane. Bywa, że mocny wysyp bursztynu trwa tylko 10-15 minut, a potem zostaje drobnica albo morze zabiera wszystko z powrotem. Trzeba być w odpowiednim miejscu i czasie. Sam, z racji odległości, wybieram prawą lub lewą stronę Wisły – mamy tu komfort, że rzeka działa trochę jak naturalna kontra.
Ostatni sylwester był niesamowity. Wszyscy się bawili, a my, zatwardziali poławiacze, spędzaliśmy ten czas na plaży, bo akurat był wysyp. Takiej ilości bursztynu nie widziałem od lat! Potem przyszła anomalia – Bałtyk zamarzł i odebrał nam możliwość poszukiwania. Innym razem w Sopocie trafiliśmy na taki wysyp, że na początku nie wierzyliśmy własnym oczom.

Dla mnie to hobby. Pracuję zawodowo, choć kiedy jest bursztyn, telefon dzwoni non stop, nawet w Wigilię – ludzie poznali się już na moim sprzęcie. Znalezisk nie sprzedaję, mam do nich zbyt duży sentyment. Wolę zrobić żonie wisiorek niż zarobić parę złotych. Niektórzy tworzą z bursztynu rzeźby, wyklejają obrazy, a inni przygotowują nalewki.
Można oglądać filmy w sieci, ale nic nie zastąpi tego momentu, gdy wyciągasz kaszorek i jest w nim bursztyn. To czyste szczęście. Trzeba tylko pamiętać o bezpieczeństwie i robić wszystko z głową. Bałtyk bywa zdradliwy, ale potrafi wynagrodzić trud.
Połamania kaszora!