03.06.2026 r.
MOSiR Rumia: Który moment uznaje pan za prawdziwy start swojej kariery?
Dariusz Formella: Za taką chwilę uznaję podpisanie pierwszego profesjonalnego kontraktu. Miałem wtedy 15 lat i wciąż grałem w juniorach Arki Gdynia. Właśnie wtedy poczułem, że ta droga naprawdę się zaczyna. W moim przypadku wszystko potoczyło się bardzo szybko i dość niestandardowo. Jeszcze w maju byłem zawodnikiem juniorów młodszych Arki, a już w sierpniu debiutowałem w pierwszej drużynie. W kilka miesięcy przeskoczyłem kilka szczebli, a rok później trafiłem do Lecha Poznań.
Przejście z piłki juniorskiej do seniorskiej było dla pana bardziej ekscytujące czy raczej brutalne?
Myślę, że jedno i drugie. To przejście było brutalne, ale jednocześnie bardzo ekscytujące. Wszystko działo się naraz i trzeba było bardzo szybko się w tym odnaleźć.
Czy był w pana polskiej karierze mecz, po którym pomyślał pan: „mogę grać na wysokim poziomie”?
Nie było jednego przełomowego momentu, po którym nagle pomyślałem: „to może się udać”. Budowałem to codzienną pracą. Na jednym treningu zrobiłem coś dobrego, później na kolejnym, następnie podczas sparingu czy meczu. To wszystko przychodziło stopniowo.
W Lechu Poznań uchodził pan za zawodnika z dużym potencjałem. Czuł pan bardziej motywację czy ciężar oczekiwań?
Szczerze mówiąc – ani jedno, ani drugie. Wiedziałem, do jakiego klubu trafiam i że wymagania będą wysokie. Presja z zewnątrz była większa, ale mnie to szczególnie nie przytłaczało czy dodatkowo nie motywowało.
Jakie były największe różnice między grą w Polsce a codziennością piłkarską w Stanach Zjednoczonych?
Wszystko było inne – podejście, otoczka, kultura kibicowania. To były dwa zupełnie różne światy i style życia. Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak niedoceniana jest Polska i życie tutaj. Często słyszymy opinie, że na Zachodzie czy w Ameryce wszystko wygląda lepiej, ale po kilku latach za granicą zobaczyłem, jak bardzo Polska jest rozwinięta i jak pod wieloma względami życie tutaj jest naprawdę bardzo dobre. Mam wrażenie, że często idealizujemy Zachód, bo po prostu nie znamy go od środka. Zawsze wydaje się, że u sąsiada trawa jest bardziej zielona (śmiech).
Czy pobyt za oceanem bardziej rozwinął pana piłkarsko, czy życiowo?
Zdecydowanie życiowo. Wyjazd na inny kontynent, nowa kultura, język i siedem lat życia za granicą to doświadczenie, które bardzo mnie ukształtowało.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, czy jest decyzja transferowa, którą podjąłby pan inaczej?
Oceniam swoje decyzje 10 na 10. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy można analizować różne scenariusze, ale każdą decyzję podejmowałem na podstawie wiedzy, jaką wtedy miałem. Gdybym miał wybierać jeszcze raz – postąpiłbym tak samo.
Co zdecydowało o pana powrocie?
Złożyło się na to wiele czynników: spraw rodzinnych, sentymentu, potrzeby zamknięcia pewnego etapu, ale też ludzi, których tu spotkałem. To wszystko sprawiło, że wróciłem do Trójmiasta i dołączyłem do Salosu Rumia.
Jakie rady dałby pan 10-letniemu Darkowi, wiedząc to, co wie teraz?
Powiedziałbym mu, żeby wszystkie karne, których w życiu nie strzelił, uderzył w drugą stronę.